Louis Vuitton. Podróż wizjonera

Wizjonerstwo zaczyna się tam, gdzie nikt nie śmie nawet patrzeć. Pojawia się wówczas ktoś, kto nie tylko śmie, ale też wie, że potrafi, i posiada ogromną determinację. Louis Vuitton nie bał się dokonać „rewolucji” w dziedzinie akcesoriów podróżnych już w XIX wieku. Dziś, ponad 160 lat później, jest światowym numerem 1. Oto niezwykła historia Francuza.

 

Louis Vuitton, rzemieślnik i przedsiębiorca, marzyciel i innowator, wreszcie twórca historii mody. Urodził się 4 sierpnia 1821 roku w małej wiosce Anchay, znajdującej się we wschodniej, górzystej i gęsto pokrytej lasami krainie Francji zwanej Jurą. Pochodził z klasy robotniczej, jego przodkowie byli rolnikami, stolarzami, cieślami, modystami. Ojciec Louisa – Xavier był właśnie rolnikiem, matka Coronne Gaillard, która zmarła, gdy chłopiec miał 10 lat, zajmowała się tworzeniem kapeluszy. Jak wieść niesie, niedługo po jej śmierci Xavier ponownie się ożenił. Nowa wybranka jego serca i „nowa matka” Louisa okazała się kobietą surową i zimną. Zapewne ten fakt, dla chłopca ciekawego świata znajdującego się poza prowincją, stał się jednym z najsilniejszych bodźców, aby zostawić dom rodzinny i przekonać się, co jest za kolejnymi drzwiami. Celem był Paryż, do którego wybrał się pieszo, gdy tylko skończył 14 lat. Niemal 300-milowa podróż zajęła mu ponad 2 lata. W tym czasie zatrzymywał się tam, gdzie tylko istniała taka możliwość. Imał się przeróżnych zajęć, które pozwoliły mu zarobić trochę grosza i dotrzeć do celu.

W stolicy Francji 16-letni Vuitton niemal że od razu dostał się na staż w pracowni Monsieur Marechal, słynącej wówczas z produkowania kufrów i pudeł do przechowywania najrozmaitszych przedmiotów. Już wkrótce miało się okazać, że jest nad wyraz pojętnym uczniem. Na tyle, że po kilku latach zbierania doświadczeń i nabywania umiejętności samodzielnie zaczął projektować akcesoria bagażowe. Wysublimowanym i słynącym z nieprzeciętnego gustu Francuzom spodobały się one bardzo. Tak bardzo, że zaczęły pojawiać się na dworach paryskich elit. Największą miłośniczką talentu Vuittona była żona Napoleona III – Eugenia de Montijo, która mianowała go prywatnym twórcą swoich kufrów mających „opakowywać najpiękniejsze szaty w wytworny sposób”. Kufry te miały jej towarzyszyć w ekskluzywnych podróżach z pałacu Tuileries w Paryżu oraz pałacu w Saint-Cloud do najbardziej luksusowych nadmorskich uzdrowisk. Zlecenie wybranki serca Napoleona otworzyło Louisowi wszystkie najważniejsze drzwi w kraju.

Dobra passa trwała. W 1854 roku w życiu Francuza rozpoczął się kolejny rozdział. To wtedy na swojej drodze spotkał 17-letnią piękność – Clemence-Emilie Parriaux. Miłość spadła na tych dwoje niczym grom z jasnego nieba. Na ślubnym kobiercu stanęli więc zaledwie kilka miesięcy po tym, jak się poznali. Z nową energią i wiarą we własne możliwości Vuitton podjął też decyzję o założeniu własnej firmy. Pracownia specjalizująca się w wytwarzaniu pudeł i opakowań już wkrótce zaczęła działać na pełnych obrotach. Szyld przed wejściem do niej głosił: „Z ostrożnością pakujemy najbardziej delikatne przedmioty. Specjalizujemy się w opakowywaniu ubrań”.

W ofercie były kufry i walizki z płaskim wiekiem. Te z wypukłymi pokrywami, zdaniem Vuittona, czasy świetności miały już za sobą. Największą zaletą innowacyjnych produktów Francuza było to, że kufry można było układać jeden na drugim, co miało ogromne znaczenie praktyczne. Co więcej, skóra, z której wykonywano kufry, została zastąpiona szarym płótnem – lżejszym i bardziej wytrzymałym, nieprzepuszczającym wody i zapachów z zewnątrz. Dalej były niewielkich rozmiarów poręczne walizki, które można było umieszczać na przykład w wagonach sypialnych, oraz tzw. szafy podróżne wyposażone w drążki z wieszakami, szuflady, a nawet lustra. Właśnie tak, zdaniem znawców mody, rodziła się historia współczesnego bagażu.

Pięć lat po założeniu własnej marki pracownia Vuittona została przeniesiona do Asnières, na przedmieściach Paryża. Biznes kwitł, a zamówienia na ekskluzywne produkty napływały już nie tylko z samej Francji, lecz także z zagranicy. I tak aż do 1870 roku, kiedy to wybuchła wojna francusko-pruska. Już wkrótce stolica kraju miała zostać oblężona i zniszczona przez siły wroga. Kiedy rok później oblężenie Paryża dobiegło końca, Vuitton wrócił do Asnières, pogrążonego w ruinie. I choć swoją pracownię zastał zniszczoną, a cały asortyment był porwany, nie załamywał rąk. Przeciwnie, zakasał rękawy i odbudował swój biznes i swoją pasję w Paryżu, w sercu nowego miasta, przy 1 Rue Scribe. Z tą samą pasją, determinacją, wizjonerstwem i odwagą Louis Vuitton prowadził swój biznes do końca swojego życia, który nastąpił 27 lutego 1892 roku.

Po śmierci założyciela, markę przejął jego syn George, który już od dawna poznawał tajniki funkcjonowania Louis Vuitton. W 1886 roku jako pierwszy na świecie zaprezentował innowacyjny system zamykania kufrów. Dziesięć lat później pokazał Monogram Canvas – najbardziej znany wzór marki, bodaj najbardziej znany wzór w ogóle. Kultowy, na którym inicjały jego ojca – LV – zostały wkomponowane między czterolistne rośliny i diamenty. Inspiracją do jego powstania była japońska ornamentyka.

Już wkrótce do George’a dołączył jego syn Gaston. Razem, w trybie ekspresowym, rozwijali firmę. Wprowadzali coraz to nowsze produkty do oferty. W 1905 roku na rynku pojawił się tzw. Steamer Bag – worek na brudną bieliznę, który można było umieszczać w swoim bagażu. Potem była torebka Alma – do dziś jeden z najbardziej pożądanych modeli na świecie, chwalony za szyk, styl, wyszukany i wysublimowany look, uwielbiany przez gwiazdy. Alma była jedyną torebką, którą nosiła Coco Chanel (spoza oferty swojej własnej marki). W kolejce czekał już Keepall – pierwowzór dzisiejszej miękkiej torby podróżnej, oraz worek Noe do przechowywania szampana. W międzyczasie była też Speedy, której, choć powstała w latach trzydziestych, dopiero lata sześćdziesiąte przyniosły międzynarodowy rozgłos. Wszystko za sprawą zainteresowania Audrey Hepburn, największej gwiazdy ówczesnego kina. Aktorka zamówiła bowiem Speedy 25. Dziś Speedy to najbardziej kultowy projekt Vuittona, najbardziej też pożądany i występujący w wielu rozmiarach.

Dzieje najnowsze Louis Vuitton to dwa wielkie nazwiska: Marc Jacobs i Nicolas Ghesquière. Pierwszy przez 16 lat (od 1997–2013) był dyrektorem artystycznym marki. Amerykanin tchnął w nią nowego, świeżego ducha. Po mistrzowsku połączył tradycje marki z najnowszymi trendami. Stworzył nową definicję ponadczasowego luksusu i dobrego smaku. Nie do zapomnienia są jego kolaboracje z takimi artystami jak Takashi Murakami czy Stephen Sprouse.

Od trzech lat stanowisko dyrektora artystycznego należy do Nicolasa Ghesquière, zdolnego Francuza, który – podobnie jak Louis Vuitton – swoją karierę zaczął w wieku kilkunastu lat. Jako 20-latek został asystentem Jeana Paula Gaultiera, a kilka lat później dostał pracę w domu mody Balenciaga, gdzie w ciągu dwóch lat mianowano go dyrektorem kreatywnym. Jest zdobywcą nagrody CFDA w kategorii: międzynarodowy projektant. W 2006 roku został okrzyknięty jedną ze 100 najbardziej wpływowych osób na świecie przez magazyn „Times”, a w 2014 – innowatorem mody roku przez „Wall Street Journal”. Co mówił przed swoim pierwszym pokazem mody w barwach Vuittona? Otóż pisał: „Słowa nie mogą wyrazić tego, co teraz czuję. Ogromną radość przede wszystkim, że tutaj jestem, mając świadomość, że moje stylistyczne wyrażanie się nawiązuje do filozofii Louis Vuitton. To takie dumne dziedzictwo. Inspirująca historia, która patrzy w przyszłość na świat. Poszukiwanie autentyczności i innowacji. Pragnienie ponadczasowości”.

Dziś Louis Vuitton to marka globalna. Jej sercem jest Paryż, a w nim flagowy salon przy Polach Elizejskich (101 Avenue des Champs-Elysées), nota bene największy sklep z akcesoriami podróżnymi na świecie – o powierzchni 1800 metrów kwadratowych. Sieci sprzedaży są wszędzie: od Nowego Jorku przez Bombaj i Waszyngton po Buenos Aires i Daleki Wschód.

 

Marka jest – jak powiedział Ghesquière – „ponadczasowa”. Trendy się zmieniają, a Louis Vuitton pokolenie za pokoleniem pozostaje na nie odporny. To, co nosi się dziś, będzie na czasie za 20 lat, nigdy nie wyjdzie z mody. I z formy.

 

Tekst: Marta Dudziak